KAJDANY PARADYGMATU NAUCZYCIELA


Aby zrealizować misję swojego życia, musimy być wolni – piękne i prawdziwe.

Mam związane ręce – słyszane znacznie częściej i chociaż stojące w totalnym przeciwieństwie do zdania pierwszego, nie jest kłamstwem. Dopóki myśli nie są wolne, jesteśmy więźniami.

Paradygmat – przyjęty sposób widzenia rzeczywistości w danej dziedzinie, doktrynie, wzorzec, model.

Jest konieczny, zwłaszcza, gdy daną przestrzeń poznajemy po raz pierwszy. Jednak, gdy nie opuścimy go w odpowiednim momencie, staje się klatką.

Paradygmat, który staje się przeszkodą dla rozwoju, w terminologii naukowej jest określany mianem paraliżu paradygmatycznego. Jest to niezdolność lub niechęć do wyjścia poza aktualnie panujące modele myślenia.

Klatka paradygmatu odnosi się do oczekiwań i ograniczeń, których my oraz osoby w naszym otoczeniu, używamy do zdefiniowania samych siebie, naszych zdolności i naszego potencjału. Prawdopodobnie nawet sobie nie uświadamiamy, jak mocne są kajdany paradygmatu.

Aby zrozumieć, jak bardzo paradygmat może nas ograniczać, pozwolę sobie przytoczyć pewną przypowieść.


Pewien mężczyzna zgłodniał i postanowił coś zjeść. Na drzwiach restauracji zauważył kartkę o następującej treści:

BIERZ Z BUFETU, ILE CHCESZ. PŁACISZ JEDNEGO DOLARA.

Wszedłszy do środka, mężczyzna ujrzał kolejną kartkę:

PROSIMY ZAJĄĆ MIEJSCE.

Mężczyzna skierował się do małego stolika w zatłoczonym kącie restauracji. Wkrótce podeszła do niego kelnerka.

- Co podać? – zapytała.

- Poproszę tę ofertę specjalną za jednego dolara.

- Ofertę specjalną? – zdziwiła się kelnerka.

Mężczyzna wskazał ręką siedzących wokół ludzi.

-Tak, poproszę to samo, co jedzą pozostali.

Kobieta podała mu talerz.

- Proszę sobie nałożyć – powiedziała.

Przed bufetem stała długa kolejka i kiedy mężczyzna w końcu do niego dotarł, niemile zdziwił się tym, co ujrzał. Wybór dań był skromny, jedzenie nie wyglądało na świeże, większość pojemników była pusta lub znacznie opróżniona. Tak to jest, jak coś kosztuje tylko dolara, pomyślał mężczyzna. Nabrał sobie tego, co, jak sądził, zdoła strawić, po czym rozczarowany i niezadowolony wrócił do swojego stolika.

Kiedy skończył jeść, podszedł do kasy, przy której stała ta sama kelnerka, która go obsługiwała. Dopiero wyciągając portfel, zauważył drzwi do drugiej Sali restauracyjnej.

Druga sala była większa i znacznie mniej zatłoczona niż ta, w której się posilał. Choć było w niej zaledwie kilka osób, długie stoły uginały się od jedzenia i znajdowały się na nich między innymi ulubione potrawy mężczyzny: owoce morza i grube steki, różne rodzaje chleba, kolorowe soczyste warzywa oraz duże patery z ciastkami, czekoladowymi truflami i deserami wszelkiego rodzaju. W jednym końcu Sali stał szef kuchni i kroił pieczeń wołową na duże plastry.

Mężczyzna zwrócił się do kelnerki:

- Ile kosztuje bufet w tamtej Sali?

- Jednego dolara – padła odpowiedź.

- Tyle samo co tutaj?

Kobieta kiwnęła głową potwierdzająco.

- Wszystko w naszej restauracji ma tę samą cenę – powiedziała.

- Dlaczego nie powiedziała mi pani o tej drugiej Sali?

Kelnerka się stropiła.

- Powiedział pan, że chce to samo co pozostali.


Na szczycie zawsze jest najwięcej miejsca, bo tam docierają tylko nieliczni. Wśród najlepszych jest najmniejsza konkurencja.

Bycie przeciętnym nauczycielem, takim według społecznego paradygmatu, musi być koszmarnie męczące i frustrujące. A nagroda marna – niezadowolenie i marazm, tak jak u pozostałych.

A jakby tak wyrwać się z tej klatki? Przekroczyć pewne granice? Nie być „uczycielem”, a liderem, nie społecznikiem a marketingowcem, nie wychowawcą a menagerem? Nie wpadać w sidła w kolejnej, jednej formy, a łączyć je i dostosowywać do potrzeb. Być czujnym. Nie zasnąć w chocholim tańcu.


Pamiętacie to zdanie z „Ferdydurke”: Nie jesteśmy samoistni, jesteśmy tylko funkcją innych ludzi, musimy być takimi, jakimi nas widzą. Straszne, prawda?

Wstajemy rano i zakładamy maskę. Wchodzimy do szkoły i zmieniamy maskę. Tylko na którą? Tę, której oczekują uczniowie, ich rodzice, dyrektor czy może koleżeństwo z pokoju nauczycielskiego?

Czy takie życie wbrew naszej naturze, a tylko zgodn\e z potrzebami innych, wyjdzie nam na zdrowie? A czy my mamy swoją naturę? My nauczyciele i my ludzie? Według Gombrowicza, nie.

[...] istota ludzka nie wyraża się w sposób bezpośredni i zgodny ze swoją naturą, ale zawsze w jakiejś określonej formie i że owa forma, ów styl, sposób bycia nie jest tylko z nas, lecz jest nam narzucony z zewnątrz [...] Zawsze, bez przerwy szukamy formy i rozkoszujemy się nią lub cierpimy przez nią i przystosowujemy się do niej lub gwałcimy i rozbijamy ją, lub pozwalamy aby ona nas stwarzała.


Może to właśnie o to chodzi. O zapoznanie się z paradygmatem, z klatką, a potem używanie jej/ich na własnych warunkach?
Jak sądzisz, jest to możliwe?

Spotkamy się w tej drugiej sali? smile

 


 

ŹRÓDŁA:

Richard Paul Evans, Drzwi do szczęścia, tłum. Hanna de Broekere, Znak, Kraków 2015.
Witold Gombrowicz, Ferdydurke, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2007.

 

Katarzyna

Autorka bloga